Guy Roux: Za Szarmachem pojechałem nawet do Argentyny. Podawałem się za sprzedawcę piwa

Remigiusz Półtorak
Remigiusz Półtorak
Guy Roux
Guy Roux Édouard Hue/CC BY-SA 4.0
Polacy od dziesięcioleci wygrywali we Francji. Oto niezwykła opowieść legendarnego trenera Auxerre, Guy Roux o losach naszych piłkarzy, którzy odnieśli sukces nad Sekwaną. Teraz pora na kolejnych.

To prawda, że miał Pan zawsze szczególny stosunek do polskich piłkarzy?
Kiedyś nawet wszystkich policzyłem i wyszło mi, że za moich czasów grało ich w Auxerre czternastu! O wszystkim zdecydował tak naprawdę przypadek. Na początku lat 70. prezes Metz Carlo Molinari miał za dużo zagranicznych zawodników, a obowiązywały jeszcze wtedy limity. Podczas finału Pucharu Francji w 1974 roku zaproponował mi, na schodach stadionu Parc des Princes, bramkarza Mariana Szeję. Ściągnąłem go od razu na mecz towarzyski, chociaż… nie chciał przyjechać.

Dlaczego?
Na początku lat 70. Auxerre było małym klubem, grającym zaledwie w II lidze. A Szeja mógł przecież poszczycić się powołaniem na igrzyska olimpijskie w Monachium. Wprawdzie nie zagrał tam żadnego meczu, ale był reprezentantem Polski. Zdołaliśmy go jednak przekonać. Myślę, że złożyło się na to kilka czynników - chciałem, żeby rzeczywiście dobrze czuł się w Auxerre, więc został przyjęty bardzo ciepło. Ale swoją rolę odegrali też Polacy, którzy mieszkali wówczas w Auxerre. Marian wiedział, że nie będzie sam.

Grał u nas w sumie przez sześć lat, a ukoronowaniem tego okresu był występ w finale Pucharu Francji w 1979 roku i awans rok
później do I ligi. Miał wtedy już 39 lat, ale grał znakomicie. Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że to był niezwykły piłkarz.

Dzięki niemu ściągnęliśmy kolejnego zawodnika z Polski, jego kolegę z Zagłębia Wałbrzych - Zbigniewa Szłykowicza. „Slyko”, jak go nazywaliśmy, występował najczęściej na skrzydle i również spisywał się bardzo dobrze, jak jeszcze graliśmy w II lidze. Do życia w Auxerre tak się zaadoptował, że ożenił się z tutejszą mieszkanką, mają dwójkę dzieci. Zresztą, do końca kariery zawodowej pracował w klubie jako trener i wychowawca grup młodzieżowych.

CZYTAJ TAKŻE: Guy Roux: Didier Deschamps odcisnął swoje piętno na tej drużynie. Piłkarze mu ufają

Można powiedzieć, że Szeja i Szłykowicz przetarli szlaki w Auxerre.
Dlatego zacząłem szukać innych Polaków! Widziałem już waszą reprezentację na mistrzostwach świata w 1974 roku w Niemczech i pamiętam, że byłem pod dużym wrażeniem gry całej drużyny. Gadocha, Kasperczak, Lato, Szarmach… To byli zawodnicy, którymi pasjonował się cały świat! Szczególną uwagę zwróciłem jednak na Szarmacha. Najchętniej kupiłbym go od razu, ale się nie dało. Zawodnicy nie mogli wyjeżdżać z Polski, jeśli nie mieli odpowiedniego wieku i nie uzyskali pozwolenia.

Musiał Pan być jednak bardzo zdeterminowany, skoro pojechał Pan nawet na mundial do Argentyny, żeby go oglądać.
Z tym akurat wiąże się dziwna historia, bo musiałem przebrać się za dostawcę piwa, żeby dostać się do polskiej bazy, a w konsekwencji do pokoju hotelowego, w którym mieszkał Andrzej Szarmach.

Przedostał się Pan do polskiego hotelu jako sprzedawca piwa?
W zasadzie nie miałem wyjścia… Nie dość, że polska reprezentacja została zakwaterowana w dalekiej Mendozie, tuż przed kordylierą Andów, przy granicy chilijskiej, to jeszcze było to na wysokości ponad 1500 metrów n.p.m. Do hotelu prowadziła tylko jedna droga. Argentyną rządziła wtedy junta wojskowa generała Videli, który obawiał się, żeby opozycja nie dokonywała jakichś aktów sabotażu. Wszystko było dokładnie obstawione, pełno wojska, bez przepustki nikt nie miał prawa przejechać.

To jak Panu się udało?
Zacząłem kombinować. Na przepustkę nie miałem szans, nikt mnie nie znał. Pomyślałem jednak, że zawodnicy nawet na takim odludziu muszą… coś jeść i pić. Zaczęło się od tego, że zostałem zaproszony na święto wina w Mendozie. Miałem tam znajomego Argentyńczyka, od którego dowiedziałem się, kto jest dostawcą napojów do polskiej bazy. Gdy powiedziałem mu, że muszę się koniecznie dostać do hotelu, przekazał informację komu trzeba i w taki sposób wsiadłem się do ciężarówki, która jechała do hotelu.

Oczywiście w przebraniu - w specjalnej kurtce i czapeczce, żeby wyglądało, że jestem dostawcą. Gdy już byliśmy na miejscu, nie obyło się bez tego, że musieliśmy zostawić dwie skrzynki piwa dla stacjonujących tam żołnierzy. Chętnie przyjęli… A ja mogłem zdjąć pożyczone ubranie i zacząć szukać Szarmacha.
Jaka była jego reakcja, gdy już go Pan znalazł?
Na pewno był zaskoczony. W środku mistrzostw świata nagle przyjeżdża do niego jakiś trener z Francji i chce go namówić na zmianę klubu! W dodatku z II ligi. To było krótkie spotkanie. Na szczęście ktoś z polskiej delegacji mówił po francusku, więc mogliśmy się dogadać. Wtedy jeszcze bez żadnych konkretów, ale wysłałem Szarmachowi jasny sygnał, że jestem zainteresowany, aby przyszedł do Auxerre. Mówił wtedy, że z wyjazdem będzie trudno, że nie ma jeszcze trzydziestu lat. Powiedziałem mu: „OK, ale wiedz, że czekamy na ciebie”. Za dwa lata, w 1980 roku, kiedy awansowaliśmy do I ligi, wiedziałem, że tamto spotkanie może zaprocentować. Spróbowałem namówić go jeszcze raz.

Tym razem się udało.
Tak, chociaż pomogły też inne okoliczności. W październiku Andrzej kończył 30 lat, a to był wiek, kiedy zawodnicy mogli wyjeżdżać z Polski do zachodniego klubu. Jednak doszły mnie słuchy, że ktoś z polskiej federacji chciał mu utrudnić wyjazd. Nie znałem sprawy dokładnie i do dzisiaj nie wiem, czy tak rzeczywiście było, ale potem zacząłem podejrzewać, że chyba obróciło się to na naszą korzyść. Gdyby Szarmach miał wtedy zielone światło od początku, to w kolejce był już ustawiony Anderlecht i przede wszystkim Bayern Monachium.

Jak więc zdołał go Pan ściągnąć do Auxerre, skoro wtedy ledwie awansowaliście do ekstraklasy?
To nie były jeszcze czasy, gdy Polacy chętnie wyjeżdżali do zachodnich Niemiec albo łatwo dostawali na to zgodę, tak jak dekadę później, po zburzeniu muru berlińskiego. Ówczesny mer Auxerre Jean-Pierre Soisson był jednocześnie ministrem sportu i miał niezłe kontakty z polskim odpowiednikiem Marianem Renke. W tamtych czasach to było bardzo duże ułatwienie. Ale zadziałało jeszcze coś innego, drobne polityczne przysługi. Renke chciał zaistnieć w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim, a sytuacja była wtedy taka, że przy różnych głosowaniach tworzyły się dwa obozy. W jednym byli południowcy, komuniści z bloku wschodniego i przedstawiciele Afryki, natomiast w drugim - Anglosasi i Skandynawowie. Soisson miał przekonać francuskojęzycznych członków rodziny olimpijskiej - chodziło głównie o Afrykę, bo tam było dużo głosów - do tego, żeby wsparli Renkego, ale w zamian oczekiwał, że ten pomoże przy wydaniu zgody na wyjazd Szarmacha z Polski. Porozumienie zadziałało, a Renke znalazł się w jakiejś komisji (był przez wiele lat sekretarzem generalnym Stowarzyszenia Narodowych Komitetów Olimpijskich - red.). Proszę sobie wyobrazić, że na negocjacje lecieliśmy do Mielca - gdzie Szarmach wtedy występował - prywatnym samolotem. Po meczu Stali spotkaliśmy się na kolacji w hotelu i tam dogrywaliśmy szczegóły. Pamiętam, że z powrotem wsiadaliśmy do samolotu już po północy, choć lotnisko było już formalnie zamknięte.

CZYTAJ TAKŻE: Guy Roux: Didier Deschamps odcisnął swoje piętno na tej drużynie. Piłkarze mu ufają

Wkrótce potem Szarmach grał już w Auxerre…
...i wprowadził się znakomicie, w pierwszym meczu strzelił gola. Wygraliśmy z Lyonem 2:1. W tamtym inauguracyjnym sezonie w I lidze rzeczywiście nas uratował, zdobywając w sumie 16 bramek. W drugim odegrał jeszcze większą rolę. To były dwa kluczowe lata, w których zdołaliśmy się utrzymać, zajmując najpierw 10. a potem 15. miejsce. Ale nie przypuszczałem wtedy, że jak po kilku latach Andrzej będzie opuszczał Auxerre, to tych goli będzie miał na koncie aż 94. Najwięcej w historii klubu i to z dużą przewagą (kolejny Djibril Cisse strzelił dla Auxerre 70 bramek; następny Polak w tej klasyfikacji, Ireneusz Jeleń, jest siódmy z 48 trafieniami - red.). Przy Szarmachu rozpoczynał też prawdziwą karierę Eric Cantona, najbardziej utalentowany piłkarz, jakiego kiedykolwiek miałem, choć jeszcze wtedy zdecydowanie za młody, żeby pokazać wszystkie możliwości.

W jednej z Pana książek („Memoires, entre nous”) można przeczytać znamienne zdanie o Szarmachu: „Cóż byśmy bez niego osiągnęli?”. Wygląda na to, że to był strzał w dziesiątkę.
Z perspektywy lat muszę przyznać, że dwóch Polaków odegrało kluczową rolę w historii Auxerre. Piłka jest grą zespołową, ale jednak indywidualności mają ogromne znaczenie. W tym przypadku byli to Szeja i Szarmach. Marian uchronił nas od spadku, gdy graliśmy jeszcze w II lidze, popisując się nieraz fantastycznymi interwencjami. Dziennikarze policzyli raz, że w jednym meczu potrafił obronić 35 strzałów! Pamiętam, że rywale z Amiens byli strasznie przybici, bo zdołaliśmy wtedy zremisować 0:0. A takich sytuacji, choć może nie aż tak spektakularnych było więcej. Także na treningach. Zdarzało się, że krzyczał do chłopaków po niemiecku „Kein Tor” („nie będzie gola”), bo dobrze mówił w tym języku, a potem przez kilka minut bronił wszystkie piłki, które leciały na bramkę. Nie było na niego mocnych.
Z kolei po drugiej stronie boiska, gdyby Szarmach nie strzelił tych 94 goli, ale np. tylko 40, to pewnie byśmy się nie utrzymali w Premiere Division w pierwszej połowie lat 80. Co więcej, dzięki tym bramkom sezon 1983-84 zakończyliśmy nawet na trzecim miejscu, awansując do Pucharu UEFA.
Dzisiaj mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że ci dwaj zrobili dla klubu najwięcej, chociaż dobrych zawodników z Polski nam nie brakowało. Zbigniew Kaczmarek, Andrzej Zgutczyński, Waldemar Matysik - wszyscy mieli swoje udane momenty. Tak naprawdę tylko o jednym mogę powiedzieć, że nie wywalczył miejsca w składzie - to Marcin Kuźba. Ale nie dlatego, że nie miał talentu. Był trochę za młody i nie potrafił się przebić. Po jednym sezonie odszedł.

Zatrzymajmy się jednak jeszcze chwilę na przełomie lat 70. i 80. W tym czasie pojawili się też Józef Klose, ojciec Miroslava, który po latach został najlepszym strzelcem w historii mistrzostw świata oraz Henryk Wieczorek.
Klose przyszedł do Auxerre nawet wcześniej niż Szarmach. W 1979 roku grał już w finale Pucharu Francji, był też jednym z najbardziej wyróżniających się zawodników, którzy wywalczyli awans do I ligi. Miroslav był wtedy jeszcze za mały, żeby przychodzić na mecze. Natomiast co do Wieczorka, miał silną pozycję w drużynie. Ale najbardziej przypomina mi się jedno zdarzenie, które paradoksalnie nie miało związku z występem na boisku, ale z polityką. Przed wyborami prezydenckimi w 1981 roku, zadzwonili do mnie współpracownicy ówczesnego kandydata Francoisa Mitterranda, czy mógłby przyjechać na nasz trening, bo londyński „Times” chciał mu zrobić zdjęcie z drużyną piłkarską. A ponieważ Auxerre, zespół z małego miasta, awansował akurat do I ligi, pomyśleli właśnie o nas. Nie robiłem przeszkód, choć Mitterrand wiedział - bo wcześniej już rozmawialiśmy - że głosuję na prawicę i on na mój głos liczyć nie może. Tuż przed treningiem zawodnicy dostali nowe koszulki z nazwą marki, która nas wspierała, taka reklama dzięki „Timesowi” to w końcu nie byle co! Ledwie zacząłem ćwiczenia, a tu podjeżdżają dziennikarze; z telewizji, z radia, z prasy zagranicznej. Trochę porozmawialiśmy, nagle Mitterrand rzuca: „Zdaje się, że grają tu Polacy”. Zawołałem Wieczorka - który wprawdzie nie mówił wtedy zbyt dobrze po francusku, ale interesował się wieloma rzeczami, był intelektualistą - a Mitterrand do niego: „Wiem, że sytuacja w Polsce jest trudna, ale niech Pan będzie dobrej myśli. Francja o was myśli i będzie wspierać wasz kraj”. Nieoczekiwanie Mitterrand wygłosił na boisku piłkarskim przemówienie o Polsce przed prasą międzynarodową! Z pewnością jedyny raz w życiu. To było w drugiej połowie kwietnia, a za niecałe trzy tygodnie został wybrany prezydentem.

Poznał Pan wielu polityków.
Skoro zostałem selekcjonerem Zgromadzenia Narodowego, to nie mogło być inaczej. Znałem wszystkich deputowanych. Z byłym premierem Lionelem Jospinem - zresztą swego czasu kapitanem drużyny koszykarskiej - byłem w wojsku w Niemczech. Żałuję tylko, że nie miałem okazji spotkać generała De Gaulle’a, którego uważałem za wielkiego przywódcę. Określano mnie nawet mianem gaullisty. Jestem przekonany, że gdyby nie on, Francja zostałaby po wojnie kolonią amerykańską.

Wróćmy do futbolu i do polskich piłkarzy. Jak Pan ściągnął Pawła Janasa? Po latach okazało się, że to był też bardzo dobry wybór, tym razem jeśli chodzi o wzmocnienie defensywy.
Pawłem zacząłem interesować się jeszcze przed mistrzostwami świata w Hiszpanii w 1982 roku. Przyszedł do nas tuż po mundialu i grał przez cztery lata. Jego transfer okazał się udany z dwóch powodów. Po pierwsze, był ostoją obrony, wprowadzał dużo pewności do gry. Widząc jak porusza się po boisku, byłem spokojny, że tyły mamy dobrze zabezpieczone. Ale drugi powód jest równie ważny. Przy Janasie mógł wychowywać się Basile Boli. Paweł udzielał mu wielu rad. Był nawet taki okres, na początku sezonu 1983-84, że wygraliśmy osiem meczów z rzędu, m.in. dlatego, że obrona była nie do przejścia. Powiedziałbym nawet, że w późniejszej karierze Basile’a Janas odegrał decydującą rolę. A pamiętamy, że Boli przeszedł dekadę później do historii jako strzelec zwycięskiego gola dla Marsylii w finale Ligi Mistrzów.
W 1986 roku Janas został nawet wybrany najlepszym obcokrajowcem ligi, podobnie jak wcześniej Szarmach. Ale jako obrońcy było mu pewnie o to znacznie trudniej.
Szczerze mówiąc, tego nie pamiętam, ale jeśli rzeczywiście tak było, to na pewno zasłużył na wyróżnienie. W każdym razie z wszystkich polskich obrońców występujących w Auxerre był najlepszy.

A Tomasz Kłos, który przyszedł już na początku XXI wieku? Też reprezentant kraju.
Kłos miał duży talent i grał ofensywnie. Nawet za bardzo. Z czasów gry w Auxerre pamiętam go jako zawodnika, który był wprawdzie bocznym obrońcą, ale zdecydowanie wolał atakować. Dobrze grał głową, strzelił w ten sposób kilka bramek. Ale straciliśmy też trochę goli, bo zdarzało się, że nie zdążył wrócić.

Grał tu tylko na prawej obronie? Bo potem w Wiśle Kraków występował również na środku obrony.
W Auxerre ustawiałem go tylko z boku. Co do Tomka pamiętam mu jeszcze jedno, miałem czasami wrażenie, że lekceważy klub na rzecz występów w reprezentacji. Bardzo dawał to do zrozumienia. Myślał tylko o kadrze.

Na większą uwagę zasługuje też z pewnością gra Waldemara Matysika, którego Pan ściągnął pod koniec lat 80.
Matysik był ważnym zawodnikiem z punktu widzenia równowagi w zespole. Bardzo skromnym, a jednocześnie mającym kluczowe znaczenie. Gdybym miał go do kogoś porównać, to wskazałbym Claude’a Makelele. Matysika cechowała niezwykła pracowitość, choć nigdy nie występował na pierwszym planie. Pamiętam, że gdy jeszcze grali razem w reprezentacji, to był protegowanym Szarmacha. Jak przyszedł do Auxerre, to Andrzeja już tu nie było.

CZYTAJ TAKŻE: Guy Roux: Didier Deschamps odcisnął swoje piętno na tej drużynie. Piłkarze mu ufają

Ostatnim z Polaków, który pozostawił dobre wrażenie był Ireneusz Jeleń, choć w tym czasie, pod koniec ubiegłej dekady, nieźle spisywał się też Dariusz Dudka.
Irek zwrócił naszą uwagę meczem z Niemcami na mundialu w 2006 roku. Był na tej imprezie jednym z najlepszych Polaków. Z czasem okazało się, że strzelając dużo bramek nawiązał do najlepszych wspomnień o Szarmachu, ale początki miał trudne. Nie mógł się zaadoptować do życia w Auxerre. To już był czas, kiedy przestałem być trenerem, ale wiem, że długo trwały problemy z językiem, były też kłopoty ze znalezieniem odpowiedniego mieszkania, bo z Polski bez przerwy przyjeżdżała do niego rodzina. To wszystko utrudniało mu przystosowanie się do nowych warunków. Ale na boisku został zapamiętany jako szybki i skuteczny napastnik.

Z tych wszystkich historii związanych z polskimi piłkarzami zwróciłby Pan uwagę na coś szczególnego, niekoniecznie na boisku?
Było jedno niezwykłe zdarzenie związane z Szeją. Władze w komunistycznej Polsce nigdy nie pozwoliły, aby żona do niego dołączyła, ale we Francji osiedlił się jego syn. Pamiętam, jak pewnego dnia przyjeżdża do mnie Bernard - Marian był wtedy już po zakończeniu kariery, mieszkał z powrotem w Polsce - i prawie ze łzami w oczach mówi, żebym coś poradził, bo ojcu chcą amputować nogę. Okazało się, że po skręceniu kostki uraz nie chciał ustąpić, wdało się zakażenie, które mogło być niebezpieczne. Zadzwoniłem do znajomego lekarza, który powiedział mi, że wszystko zależy od jednego ze szpitali w Paryżu, bo tam są odpowiednie warunki do takich operacji. Gdy już dotarliśmy do stolicy, niespodzianka. Szpital podejmuje się zadania, ale trzeba zapłacić z góry, ponieważ Marian jako obcokrajowiec nie ma ubezpieczenia. Tymczasem koszt jest niebagatelny - 230 tys. franków - bo konieczny jest jeszcze wielotygodniowy pobyt w sterylnie czystym pomieszczeniu. Zwykle z prezesem było tak, że musiałem mocno negocjować, jeśli chodziło nawet o wydanie pięciu franków, a tu zdecydował w jednej chwili i podpisał czek. Marian przeszedł dwie udane operacje, potem zagrał jeszcze w jakimś meczu oldbojów. To jedna z piękniejszych historii, jakie przeżyliśmy. Miałem głębokie przekonanie, że klub stanął wtedy na wysokości zadania. Tyle przecież Marianowi zawdzięczaliśmy (Szeja zmarł w lutym 2015 roku - red.).
Po latach powiedzielibyśmy, że tak musiało być! Przecież pański dziadek przetarł w rodzinie polski trop, gdy znalazł się w pewnym momencie na Pomorzu...
Dziadek został wysłany na Wielką Wojnę w 1914 roku. Po jednym z ataków, w którym zginęli jego towarzysze, groziła mu amputacja nogi. Znalazł się w szpitalu, ale niedługo potem znowu wrócił na front, tym razem w Prusach Wschodnich niedaleko Szczecina. Jego grupa została jednak otoczona przez Prusaków i w ten sposób dziadek został jeńcem wojennym. Ale jest jeszcze ciekawsza historia, która na dobre związała mnie z Polską, choć… nie było mnie jeszcze wtedy na świecie. Dopiero po latach dowiedziałem się, że pierwszy mecz, na którym byłem to słynny bój Brazylia - Polska podczas mistrzostw świata w 1938 roku. Moja mama była wtedy w ciąży, a ojciec wielokrotnie mi o tym opowiadał. Rodzice mieszkali w Colmar na północy Francji, do Strasburga nie mieli daleko. Potem spotykałem jeszcze mieszkańców Alzacji, którzy mi potwierdzali, że widzieli na tym spotkaniu mamę z tatą.

To dla pełnego obrazu przypomnijmy jeszcze wynik z tamtego legendarnego meczu: 6:5 dla Brazylii, w tym trzy gole Leonidasa i cztery Wilimowskiego. Potem Pan mówił, że tam miało swój początek Pańskie zamiłowanie do gry ofensywnej.
Tak mówiłem? To był chyba jednak żart… (śmiech)

CZYTAJ TAKŻE: Guy Roux: Didier Deschamps odcisnął swoje piętno na tej drużynie. Piłkarze mu ufają

Więc całkiem poważnie - trudno przypuszczać, żeby ktoś jeszcze poprawił Pański wyczyn na tym poziomie. 44 lata w jednym klubie, na prowincji, w tym ponad połowa w I lidze! Jak to możliwe?
Kiedy zaczynałem na początku lat 60., była tylko trybuna główna, miała 200 miejsc. Dzisiaj stadion jest położony w tym samym miejscu i może przyjąć prawie 22 tysiące widzów. Przez ponad cztery dekady, gdy byłem trenerem, bez przerwy się rozwijaliśmy. Tylko jeden człowiek pracował ze mną przez te wszystkie lata - prezes Jean-Claude Hamel. Otrzymywałem wiele propozycji - z PSG, z Leverkusen, gdzie miałem zastąpić Bertiego Vogtsa - ale zawsze chciałem zostać w Auxerre i szkolić młodych zawodników.

Wbijał im Pan szczególnie do głowy - oprócz taktyki - żeby nie kupowali drogich samochodów.
Bardzo zwracałem na to uwagę. I dawałem przykład, bo sam jeździłem mały citroenem C4. Dopóki byłem trenerem, nie było problemu, ale jak odszedłem - natychmiast pozamieniali auta na ogromne „fury”. Nie podobało mi się to, ale co mogłem zrobić?

Wideo

Materiał oryginalny: Guy Roux: Za Szarmachem pojechałem nawet do Argentyny. Podawałem się za sprzedawcę piwa - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie