Mateusz Sochowicz - olimpijczyk z kraju bez toru. Twardy góral z Karpacza, a do tego niezły z niego gagatek

Jakub Guder
Jakub Guder
Mateusz Sochowicz
Mateusz Sochowicz Paweł Relikowski
Udostępnij:
Można o nim powiedzieć, że to prawdziwy góral - tylko że z Dolnego Śląska. Twardy, charakterny i ambitny. Saneczkarz Mateusz Sochowicz* opowiada nam o trudach swojego sportu, o fatalnym wypadku na torze w Chinach i wyjaśnia, dlaczego ma już dość pytań o to, które miejsce zajął na igrzyskach.

Urodziłeś się we Wrocławiu.

Tak, ale wychowałem się w Karpaczu. Rodzice pomieszkali we Wrocławiu kilka lat i uznali, że duże miasto jest nie dla nich. Dlatego wrócili. W młodości nie mieli nic wspólnego ze sportem, ale ja wychowywałem się naprzeciwko stoku narciarskiego, na którym pracował mój ojciec. Na nartach nauczyła jeździć mnie mama, a potem spędzałem na nich całe dnie.

Kto cię ściągnął do klubu?

Zawsze byłem aktywny fizycznie. Zawody lekkoatletyczne w szkole kończyłem w czołówce. Tak trafiłem do Śnieżki Karpacz, najpierw na narty. Potem do saneczkarstwa ściągnął mnie trener Edward Maziarz. Miałem już wówczas chyba 15 lat.

Zawsze się zastanawiam, jak w Karpaczu przyciąga się dzieci do saneczkarstwa. Cały czas trenuje tam dość liczna grupa, a konkurencja jest duża.

Bo sanki są po prostu fajne. To jest clou tego wszystkiego. Trzeba się tylko na nich przejechać. Nie ma tu drugiego dna. To tak zwyczajnie fajny sport. Dawniej - gdy warunki były lepsze - wszyscy jeździli na sankach. Wbrew pozorom to dość bezpieczny sport, a można się poczuć jak pilot myśliwca.

Trzeba mieć też dużą determinację, trenując w kraju, który nie ma profesjonalnego toru saneczkowego.

Należy traktować to jako przygodę. Magnesem są też ludzie, którzy pasjonują się saneczkarstwem. Mnie motywowało również to, że na treningi poszedłem z dwoma kolegami i od początku ze sobą rywalizowaliśmy - kto szybciej, kto dalej, kto wyżej. Właśnie konkurencja sprawiła, że się zaangażowałem. Jak byłem młodszy, to częściej udawało się przygotować fragment starego toru w Karpaczu. Pamiętam jak trener puścił nas tam pierwszy raz - z wybiegu, końcówki, na której się hamuje, potem jeden zakręt i wyhamowanie. Dla nas to było łał! Chcieliśmy więcej! Od razu pojechałem potem na Olimpiadę Młodzieży, gdzie jednak nie zakwalifikowałem się do drugiego przejazdu.

Lodzenie przedwojennego toru w Karpaczu to praca ręczna, syzyfowa.

Jak idą mrozy, to ludzie się skrzykują i leją wodę. Zazwyczaj dochodzi do tego, że tor jest już wylodzony, a dzień przed zawodami przychodzi odwilż i trzeba wszystko odwołać, przy czym udaje się przygotować w ten sposób może ze 100 m tego toru. No i tak rywalizujemy o medale. W tym roku - ze względu na pandemię - chciano tam zorganizować mistrzostwa Polski, ale przyszło ocieplenie. Ja uznałem jednak, że i tak nie wystartuję. Kurde, wracam z Pekinu i mam jechać na 100 m toru, który się pode mną rozpada? Bez sensu.

Pamiętasz swój pierwszy start na prawdziwym torze za granicą?

Tak. Dzięki szkole mogłem pojechać do Oberhofu. Wrażenie było niesamowite. Nawet nie wiem jak to nazwać. Adrenalina, strach… Wybuchowa mieszanka w organizmie. Ręce się trzęsą, głowa nie poddaje. Tor znałem na pamięć. Zresztą znam na pamięć wszystkie tory, każdy wiraż. Budzisz mnie w środku nocy, a ja mogę ci to opowiedzieć. Wtedy w Oberhofie trenerzy mi powiedzieli, że po długiej prostej mam zejść do prawej strony, bo będzie takie „kółko”, a potem meta. Na tym się skupiłem i zszedłem w bok, a tymczasem słyszę… hamuj! To już koniec toru! Byłem jakby nieświadomy podczas całego przejazdu.

Przeskok z toru w Karpaczu na sztucznie mrożony tor w Oberhofie musi być straszny.

Okrutny. Warunki treningów juniorskich odbijają się na nas. Jak jesteś dzieciakiem, to łatwiej przełamać bariery, lecz gdy masz 16 lat, to jest już trudniej. I tak trzeba się nauczyć jazdy na sankach. To kosztuje trochę samozaparcia i dużo bólu. To, co oglądamy w telewizji to jedno, ale na juniorskich zawodach dużo jest latania. Czasem na to nie patrzę, żeby sobie nie psuć głowy.

Co to znaczy, że dojście do tego najwyższego poziomu jest bolesne?

Mówię o błędach i bandach. Musisz nad tym zapanować. Jak na wirażu ściana przytrzyma cię za długo, to zakręt nagle się kończy, a ty właściwie spadasz i odbijasz się prawo-lewo od band. Mówimy na to po prostu ping-pong. Barki i kostki to odczuwają. Możesz się też odkleić od wirażu i wtedy jedziesz twarzą do lodu, a sanki masz na sobie. To jest „żółw”. Mamy kilka opcji dobrej wywrotki (uśmiech).

Co jest jeszcze ważnego w treningu saneczkarzy?

Bardzo ważne są kwestie mentalne, ogólnie aspekt psychofizyczny. Zjazd to właściwie minutowa praca na beztlenie. Gdy kończymy, nasze tętno jest na poziomie 188 uderzeń na minutę. Nie jest tak, że my się kładziemy na tych sankach i leżymy. Trzeba przeciwdziałać siłom odśrodkowym i zachować trzeźwią głowę, ale też improwizować. Kiedy wracamy z treningu, mamy tylko ochotę położyć się spać. Układ nerwowy jest przestymulowany skupieniem. Ono jest tak duże, że wyłączasz dźwięk. Nie dochodzą do ciebie żadne odgłosy z zewnątrz. Jesteś zamknięty w bańce. Liczy się tylko tor.

Dużo czasu poświęcacie na wizualizację startu?

Przed każdym zjazdem robimy bardzo dokładny trening mentalny. Każdy mały błąd to czas, ale też ryzyko kontuzji.

Czytałem, że wszystko pamiętasz z momentu wypadku na torze w Chinach, do którego doszło w listopadzie.

Tak, nie straciłem świadomości. To był mój czwarty zjazd na tym torze. Zjazd, który zakończyłem na zamkniętej bramce… Pamiętam całą sekwencję zdarzeń. Nie lubię do tego wracać.

Co to była za bramka?

Oddzielała jeden tor od drugiego. Nie była to ściana, ale aluminiowe, mocne rury, które w poprzek zwężały tor. Z rur zrobiła się miazga. Nie wiem dlaczego z nich, a nie ze mnie…

Bo ty chyba jesteś twardy facet.

Tak mi się wydaje… Tak jest. Mam dwóch braci i jeśli chodzi o charakter, to jestem odmieńcem.

Asertywny, wygadany… Tak to widzę.

(śmiech) Oni są na innym biegunie.

Na operację zdecydowałeś się w Chinach, od razu po wypadku. Jak to wszystko wyglądało?

Zależało mi na czasie. Zresztą oni od początku poczuwali się do tego, że to ich wina. Obsługa toru, która mnie z niego ściągała, była rzucona na głęboką wodę. Widać, że trochę spanikowali. W szpitalu już jednak wszyscy stanęli na wysokości zadania. Mieli specjalne urządzenie, które tłumaczyło z polskiego lub angielskiego na chiński. To działało bardzo dobrze. Był lekarz, który studiował w USA. Mam z nim kontakt do dzisiaj. Zresztą to było dziwne - przez dwa dni wynajdywałem sobie urazy, czułem, że boli mnie tu, albo tam. W pewnym momencie szukałem kwadratowych jaj. Oni na to, że sprawdzą wszystko. Gdy okazało się, że uszkodzone jest tylko kolano, ogromny ciężar spadł mi z serca.

Współpracujesz z psychologiem?

Tak. To Joanna Sajnog, która pracuje też z kadrą koszykarzy. W jednym z pierwszych wywiadów po wypadku powiedziałem, że nie wiem, czy za każdym zakrętem nie będę widział zamkniętej bramki. Trener i związek to podłapali i załatwili mi właśnie psychologa. Widzę efekty, bo ja jestem niezłym gagatkiem i mam dużo takich różnych rozkmin… Po prostu komplikuję rzeczy, które są proste. Do wszystkiego mam swoją teorię. Ona sprowadza mnie na ziemię. Mówi - zobacz, to nie jest takie skomplikowane.

Minęło już trochę czasu od igrzysk, ale też od twojego głośnego wpisu na Instagramie, w którym ze sporym żalem stwierdziłeś, że nikt nie docenia waszego wysiłku, a dla kibiców liczy się tylko wynik. Dziś napisałbyś to tak samo?

Dokładnie tak. Nie potrzebuję poklasku. Wiem, że to niszowy sport, że ludzie się na nim nie znają, ale boli mnie, że jesteśmy marginesowani. Mówią o nas: „grubasy na sankach”. To są codzienne komentarze. Dajmy temu sportowi szansę, pozwólmy mu odetchnąć! Nie chodzi o mnie, czy innych chłopaków z kadry. Tylko o całokształt. Żeby zawalczyć ze stereotypami, bo to naprawdę trudny, ciekawy i zaawansowany sport. Ludzie go spłycają; mówią, że „chłopaki tylko jeżdżą na saneczkach”.

Które z tych komentarzy najbardziej cię bolą?

Że kładziemy się na sankach jak na kanapie i nic nie robimy. Przecież każdy może sobie tak zjechać. Tak? No to zapraszam.

Sugerowałeś, że chcesz kończyć ze sportem.

Jedną nogą stoję na sankach, drugą chcę kończyć karierę. Jestem rozdarty. Mam jeszcze czas, muszę przede wszystkim wyleczyć kontuzje. Rozmawiamy ze związkiem, jak to wszystko usprawnić, żeby nas zatrzymać. Sytuacja jest o tyle trudna, że co prawda nasza drużyna zajęła ósme miejsce na igrzyskach, ale jedna osoba wypada i nas nie ma. Finansowo nie jest najgorzej, ale najbardziej brakuje mi struktury, dookoła której mógłbym trenować. Chodzi m.in. o zbudowanie większego sztabu. Dziś nasz trener jest od wszystkiego.

Jak to wygląda na przykład w Niemczech?

Jeden lub dwóch fizjoterapeutów, dwóch mechaników, czterech albo pięciu trenerów na torze, którzy obserwują twój przejazd. Dzięki temu już po pierwszym zjeździe możesz skorygować błędy właściwie na całej trasie.

A u was?

Jest trener i fizjoterapeuta.

A sprzęt?

Jest kosztowny. Mamy podpisaną umowę z Niemcami i od nich bierzemy sanki. Nie są to jednak jakieś supernowe modele, bo wiadomo, że najlepsze zatrzymują dla siebie. Po co im kolejny kandydat do podium? Myślę jednak, że mechanik mógłby je dopieścić. To oczywiście nie jest tak, że dostanę supersprzęt i nagle odjadę sekundę do przodu. Chodzi o łapanie ułamków - tu złapię setkę, tam drugą, ktoś coś podpowie - następną. Ta cała układanka może nas popchnąć.

Jak idą rozmowy ze związkiem?

Myślę, że dojdziemy do konsensusu. Mam taką nadzieję. Zobaczę też na co pozwoli mi zdrowie. Ja już czuję skutki tego, co przeszedłem, a nie chcę skończyć na wózku. Mój organizm mocno dostał po tyłku.

Na Instagramie irytowałeś się, że ludzie pytają przede wszystkim, które miejsce zająłeś.

Wiem, że wynik jest realnym odzwierciedleniem poziomu sportowca. Cztery miesiące temu celowałem w dziesiątkę, czy piętnastkę. Teraz - po wypadku - jechałem z duszą na ramieniu, żeby nic mi się nie przydarzyło. Kość była zrośnięta w 60 procentach. Postawiłem więc na szali bardzo dużo. Wszystko po to, żeby Polska była na mapie światowego saneczkarstwa. Tymczasem słyszę komentarze, że pojechałem na wycieczkę. Wydaje mi się, że to jest zderzenie Polaków z kulturą fizyczną. Nie należymy do czołówki narodów Europy w tym względzie. Nie dociera do nas, ile sportowcy wkładają w to pracy i serca.

Ile czasu minęło od twojego wypadku do powrotu na tor?

Dwa miesiące. Miałem zabieg na kolano i właściwie musiałem się od nowa uczyć chodzić, bo było usztywnione. W prawej nodze miałem dziurę. Coś rozcięło mi łydkę podczas wypadku. Centymetr na dół, a przeciąłbym ścięgno Achillesa. Wtedy mógłbym zapomnieć o igrzyskach. Trzy miesiące po wypadku jechałem w olimpijskich zawodach. Odstawałem od chłopaków na starcie. Oni byli w gazie, a u nas nogi są bardzo ważne. W telewizji tak to nie wygląda, ale start jest bardzo skomplikowanym elementem. Trzeba połączyć wiele elementów, wszystko zautomatyzować, połączyć wiele grup mięśniowych.

Wytłumacz jeszcze, jak to się stało, że na igrzyskach w Pjongczangu wystartowałeś bez maski.

Nie zgubiłem jej! Wszyscy to powtarzają. W Korei było bardzo zimno. Nasza maska trzyma się tylko na gumce. Przed startem zakładam ją do tyłu. Po rozgrzewce założyłem olimpijski płaszcz i schyliłem się, żeby zapiąć buty. Ona w tym momencie zsunęła się i spadła do torby, 30 cm dalej. Gdyby spadła na ziemię, pewnie bym to usłyszał. Poszedłem na start ze świadomością, że mam ją nadal z tyłu, na kasku. Dostaję sygnał do startu, sięgam po osłonę, a jej nie ma…! Jak to nie ma?! - myślę. Mówię do trenera, że jest w kapturze, w płaszczu. Nie było jej tam. - To może rywal pożyczy - rzucam, ale trener daje znać, że Słowak mi nie da swojej szybki. Mogłem więc wstać i nie wystartować, albo ruszyć bez maski. Tak zrobiłem.

Widziałeś coś podczas zjazdu?

Trochę widziałem. Jak mocno się położysz na sankach to widać końcówki zakrętów. Przyjechałem jednak cały zapłakany - przy tej prędkości to normalne.

Naczytałeś się pewnie komentarzy kibiców…

Generalnie jestem taki, że po mnie to spływa, ale wówczas miałem 22 lata i trochę to odczułem. Taki mamy jednak kraj - 40 mln ekspertów od wszystkiego.

Na dziś - jakie są szanse, że zaliczysz kolejne igrzyska?

Nie wiem. Czekam na wyniki badań. Z jeden strony jestem już trochę poza saneczkarstwem, z drugiej - chętnie zaliczyłbym trzecie igrzyska.

A w Karpaczu są twoi następcy?

Nie ma czym tych dzieci zachęcić. Trzeba dać im realny powód do uprawiania saneczkarstwa, spróbowania tego, a kończy się na obietnicach, że będzie tor. Dzieciom trzeba dać frajdę z jazdy, a potem przekuć to w sport. Tymczasem w Karpaczu jest dla nich dużo możliwości. Działa program „Sport na śniegu”, dzięki któremu szkoły mają zajęcia na stokach. Jest nowy stadion lekkoatletyczny. Mimo to sanki się tam trzymają - bez infrastruktury. To najlepiej świadczy o tym, jak fajny jest to sport.

*MATEUSZ SOCHOWICZ

Ur. 28 lutego 1996 we Wrocławiu, wychowany w Karpaczu. Zaczynał w klubie Śnieżka Karpacz, dziś reprezentuje barwy AZS-u AWF-u Katowice, gdzie studiuje wychowanie fizyczne. Olimpijczyk z Pjongczangu 2018 (27. miejsce w jedynkach) i Pekinu 2022 (25. miejsce w jedynkach i 8. w sztafecie). W listopadzie 2021 roku w trakcie próby przedolimpijskiej w Pekinie podczas jednego ze zjazdów z prędkością 70 km/h wpadł na zamkniętą na torze bramkę, której nie otworzyli organizatorzy. Uszkodził łąkotkę w lewym kolanie, głęboko rozciął łydkę prawej nogi. Po operacji w Chinach i dwóch miesiącach rehabilitacji wrócił do startów w Pucharze Świata, a po trzech reprezentował Polskę na igrzyskach. Po powrocie z Chin na Instagramie zamieścił wpis, o którym zrobiło się głośno w kraju. Zastanawiał się w nim, czy nie zakończyć kariery. - Tegoroczne igrzyska były dla mnie osobiste, bo wyszarpałem je zębami i postanowiłem ich doświadczyć. Wyniki były dodatkiem, choć nie ukrywam, że ta sportowa złość mimo wszystko upomina się, że mogło być dużo lepiej itp. No, ale cóż, jest jak jest, tego już nie zmienię. Gdy ktoś się mnie pyta, jak było, to odpowiadam, że super - bo naprawdę było. No a który byłeś? I wtedy na myśl cisną mi się niecenzuralne słowa, bo ta sportowa złość mnie gniecie tam z tyłu, przeszedłem przez labirynt niepowodzeń, z zagryzionymi zębami znosiłem tortury na stole fizjoterapeutycznym, później płaciłem za każdy ślizg na sankach, a dla przeciętnego kibica liczy się tylko cyferka obok mojego nazwiska - to fragment tego wpisu. Sochowicz ma dwóch braci. Gdy tylko może, próbuje innych sportów - m.in. wspina się w skałkach, a ostatnio próbował nawet... narciarskich akrobacji.
JG

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Tata w klatce stawia córkę na nogi. To niesamowita historia.

Wideo

Materiał oryginalny: Mateusz Sochowicz - olimpijczyk z kraju bez toru. Twardy góral z Karpacza, a do tego niezły z niego gagatek - Gazeta Wrocławska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Sportowy 24
Dodaj ogłoszenie