Przemysław Pochłód: Strach bywa potrzebny, by racjonalnie myśleć [WYWIAD]

Jakub Guder
fot. Paweł Relikowski
Udostępnij:
Rozmowa z Przemysławem Pochłódem, byłym saneczkarzem, trenerem MKS-u Karkonosze Sporty Zimowe o tym, gdzie w Polsce trenuje się tę dyscyplinę, czy strach w niej pomaga, czy przeszkadza, dlaczego Dolny Śląsk deklasuje resztę kraju, choć przecież także nie ma toru z prawdziwego zdarzenia i z jakiego powodu ten, kto w sankach jest na górze, musi być cięższy przynajmniej o 10 kg.

Jest miejsce na strach w saneczkarstwie?
Strach bywa potrzebny, bo saneczkarz musi racjonalnie myśleć. Kiedy jedzie, może się wszystko wydarzyć. Musi mieć nie tylko plan A i B, ale także C i D. Różnie bywa. Strach motywuje, żeby być lepszym, ale na pewnym poziomie już go nie ma. Dzieci jak idą z sankami na jakąś górkę, to nie mają strachu. Jeśli się je przeprowadzi przez kolejne etapy, to podchodzą do tego naturalnie. Nie boję się powiedzieć, że stają się trochę uzależnione od tej prędkości, od adrenaliny.

MKS Karkonosze Sporty Zimowe wygrał klasyfikację medalową zimowej olimpiady młodzieży w saneczkarstwie. Nie pierwszy raz.
Saneczkarze z Dolnego Śląska przywożą co roku worek medali z olimpiady młodzieży czy mistrzostw Polski. Wygrywamy punktację klubową. To już chyba siódmy raz z rzędu jesteśmy numerem jeden.

Ile osób w Polsce uprawa saneczkarstwo?
Zacznijmy od tego, że na Olimpiadzie Młodzieży jest tylko 65 miejsc dla saneczkarzy. Musimy zatem zrobić selekcję. Koniec końców jedzie od nas ok. 30 osób. Seniorski sport rządzi się swoimi prawami. Wiadomo, jak to bywa w życiu: jeśli ktoś kończy wiek juniora, a nie ma w perspektywie drogi prowadzącej do igrzysk olimpijskich, to albo trzeba kończyć karierę, albo ewentualnie startuje się w kategorii młodzieżowej do 23 lat. Trenujących regularnie seniorów jest w Polsce powyżej 30 zawodników. To są w dużej mierze studenci. Oni tworzą kadrę A, która była na igrzyskach, ale także jej zaplecze.

Gdzie trenujecie?
Trening saneczkarzy wymaga wszechstronności. Świetnej wytrzymałości siłowej, ciężkiego treningu siłowego, opanowania techniki jazdy oraz elementu startu, który jest bardzo ważny. Start określa prędkość początkową, a ona wyznacza szybkość przejazdu. Trenujemy przede wszystkim w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Karpaczu. To jest baza dla większości saneczkarzy, bo też duża część z nich jest z Dolnego Śląska. Maciek Kurowski na igrzyskach startuje trzeci raz (ostatecznie zajął 19. miejsce w jedynkach – przyp. JG; rozmawialiśmy przed startem Polaków w Pjongczangu). Jest dwójka Wojtek Chmielewski i Jakub Kowalewski. Oni wszyscy często trenują u nas w szkole. Mamy tam halę, wieżyczkę do treningu letniego. Brakuje obiektu z prawdziwego zdarzenia. Roczne dotacje nie przekraczają 20-30 tys. zł. To przykre, bo przecież dostarczamy Dolnemu Śląskowi rzeszę olimpijczyków. Teraz w Pjongczangu jest ich czterech. Z Karpacza pochodzi też bobsleista Mateusz Luty, który kontynuuje rodzinne tradycje wujka i dziadka. Przede wszystkim żal, że nie mamy obiektu dla dzieci. Wystarczyłoby nam chociaż 300 m wybetonowanego toru. Trzeba inwestować. Nie każdy musi być skoczkiem narciarskim. Kilka dni temu przez internet znalazł mnie 27-letni mężczyzna i zapytał, czy go nauczę jeździć na sankach. Przyjechał do Karpacza, nauczyłem go podstawowych rzeczy, a potem pojechał do Krynicy na olimpiadę młodzieży. Finał jest taki, że był na tych zawodach „przedślizgaczem”, który testował tor przed startem. Każdego zatem można nauczyć jeździć na sankach.

A to nie jest tak, że macie za słaby PR?
Tak. Walczymy o to. Tu w regionie dominują biegi narciarskie i biathlon, choć nie mają aż tak dobrych wyników. Jeszcze słabszą reprezentację miało na olimpiadzie młodzieży narciarstwo alpejskie. U nas wszystko działa dobrze – od klubów do okręgowego związku.

Jak wyłapuje się talenty do saneczkarstwa? Ten sport nie jest przecież pierwszym wyborem dla dzieci.
Mamy niesamowity potencjał, bo większość trenerów pracuje też w szkole podstawowej lub w gimnazjum. Tak jest w przypadku mojej żony, trenera Roberta Dobrowolskiego, Sylwestra Poniatowskiego, Moniki Pawlak. Uczą w klasach sportowych, które są interdyscyplinarne: pojawia się tam biathlon, biegi. Jest też grupa, która ma zajęcia specjalistyczne z sankami. W klasach I-VI to przede wszystkim zabawa. Potem robi się z tego poważne zajęcia. Ze starszymi jeździmy już do Oberhofu czy Siguldy (Łotwa). Jeździmy też w Karpaczu na tych wystających pustakach starego, poniemieckiego toru. Tam swoje pierwsze kroki stawiali Wojtek Chmielewski i Jakub Kowalewski, mistrzowie świata do lat 23 z 2016 roku. Oni długo funkcjonowali w szkoleniu dzieci. Wszyscy nasi olimpijczycy są właśnie po szkole mistrzostwa sportowego. Można ją nazwać kuźnią talentów.

W przypadku tej naszej eksportowej dwójki – jak udało się ich przekabacić na saneczkarstwo? Ich koledzy pewnie grali na co dzień w piłkę, a oni...?
Każdy dobry nauczyciel potrafi wyłapać jednostki, które mają predyspozycje do uprawiania sportu. Oczywiście rozmawialiśmy z ich rodzicami. Saneczkarstwo jest jednak niesamowite pod jednym względem. Są dyscypliny, które cały czas siedzą w jednym miejscu, albo trenuje się przede wszystkim na siłowni. U nas już dzieci zaczynają wyjeżdżać na zawody do Niemiec czy Austrii. W IV klasie szkoły podstawowej można na przykład uczestniczyć w młodzieżowych igrzyskach olimpijskich. Kowalewski i Chmielewski przeszli cykl przygotowawczy do takich igrzysk w 2012 roku. Wojtkowi się nie udało, ale Jakub pojechał wówczas na te zawody do Innsbrucku. Zobaczył otoczkę, zwiedził obiekty, otrzymał sprzęt reprezentacyjny. To dla młodego zawodnika, który nie myśli jeszcze o zarabianiu, jest bardzo ważne. Taka przygoda na długo wiąże go z dyscypliną.

To proszę nam trochę przedstawić tę naszą eksportową dwójkę Wojciech Chmielewski – Jakub Kowalewski.
Kuba jest o rok starszy, więc powoduje większą stabilizację zespołu. Często się mówi, że ta osoba, która jeździ z tyłu jest może nawet ważniejsza dla trenerów, bo decyduje o aspektach mentalnych, gdy się pojawia zwątpienie, jakiś trudności, czy wypadek. On musi podnieść tego, który jest na górze i decyduje o linii przejazdu. Ten, który jest z tyłu pomaga w starcie, ale też musi zaufać temu, który jest przed nim, bo sam praktycznie nie nie widzi. To powinna być osoba szalenie odważna, ale też odpowiedzialna. Obaj są wojownikami. Nie poddają się. Wojtek nie ma żadnych obciążeń psychicznych. Ja jako trener pracuję 15 lat, a może spotkałem trzech-czterech takich zawodników. Może być ciężko, a on zawsze jakoś wychodzi obronną ręką.

Jak decyduje się o tym, kto w saneczkarskiej dwójce będzie z przodu, a kto z tyłu?
Dobiera się ich m.in. wzrostowo. Sanki są tak skonstruowane, że ten, który jest pierwszy, musi być cięższy minimum o 10 kg. Zawodnik znajdujący się podczas ślizgu z tyłu jest lżejszy i niższy. Dzięki temu lepsza jest aerodynamika. Saneczkarze dużo czasu spędzają w tunelach aerodynamicznych, gdzie starają się znaleźć jak najlepszą pozycję. Same sanki zbudowane są tak, żeby jak najmniej powietrza wpadało „do środka”. Do tego dochodzi strój, czy właściwy ruch głowy. To są straty kilku tysięcznych. Na odcinku kilometra – bo taki jest mniej więcej dystans – to ma znaczenie.

Czego w tej chwili tej dwójce najbardziej brakuje do światowej czołówki?
W tym sezonie już kilka razy mogli być na podium Pucharu Świata. Dwa razy po pierwszym ślizgu byli na piątym miejscu, ale w drugim Wojtek jechał trochę ryzykowniej. W tamtym roku w Oberhofie po pierwszym przejeździe myśleliśmy, że to będzie pudło. Różnice były bardzo małe. Na tym poziomie to są detale. Nasza dwójka, która jest jedną z najmłodszych w stawce, ma niesamowity potencjał startowy. Ciągle się rozwijają. Dopiero za cztery lata mogą walczyć o najwyższe laury. Miejmy nadzieję, że tak będzie. Pamiętajmy też, że igrzyska olimpijskie rządzą się swoimi prawami. W Pucharze Świata startują po trzy dwójki z jednego kraju, na igrzyskach – tylko dwie. A zatem Niemcy, którzy mają mocną reprezentację, mogą wystawić tylko dwa zespoły.

Podobno dwójka to najtrudniejsza konkurencja w saneczkarstwie. Dlaczego?
Bo trzeba zgrać wiele elementów. Bardzo ważny jest start. Ten, który siedzi z przodu, musi być bardzo gibki. Generalnie saneczkarze są gimnastycznie przygotowani bardzo dobrze. Ten z tyłu ciągnie jeszcze za specjalne paski. To musi być dobrze wszystko połączone, a przecież zawodnik z przodu nie widzi swojego kolegi. Potem jest też element sprawnego ułożenia się na sankach. Do tego są na przykład różne style sterowania, czego zwykły kibic w telewizji z pewnością nie dostrzega. Sprzęt jest oczywiście tak budowany, aby był bardzo szybki, a zawodnicy jak najmniejszymi ruchami muszą spowodować, żeby sanki się rozpędziły. Wiadomo jednak, że czasem trzeba wcześniej uciec z wirażu, obniżyć tor jazdy. To wszystko trzeba robić w jak najlepszej pozycji areodynamicznej. To wielka sztuka.

Jak się steruje sankami, których prędkość przekracza 100 km/h?
Wszystko się rozgrywa w głowie, jeszcze przed zawodami, w trakcie treningów na danym torze. Chodzi o wizualizację trasy. Mięśnie mają dobrą pamięć nerwowo-czuciową i wykonanie kilku ślizgów powoduje, że już coś zostaje przez nie zapamiętane. To powoduje, że to sterowanie jest potem powtarzalne, choć oczywiście nigdy nie ma dwóch takich samych ślizgów. Trzeba podejmować decyzję w ułamku sekundy. Prędkości w dwójkach przekraczają 120 km/h. Linię przejazdu trzeba sobie wcześniej ułożyć w głowie. Ona musi być bardzo skuteczna. Steruje się naciskając jedną lub drugą nogą na płozę. To powoduje reakcję sanek za metr lub dwa. Do tego dochodzi niewielki balans ciała, ruch barkiem czy ręką. Bardzo młodzi zawodnicy sterują tylko nogami. Profesjonaliści nawet lekko głową. „Wybierają” linię, po której jadą sanki z czuciem, delikatnie.

Drugi raz na igrzyskach rozegrana zostanie sztafeta saneczkowa. Jak wygląda ta konkurencja?
Z jednego kraju startują: jedynka kobiet, jedynka mężczyzn oraz – na końcu – dwójka mężczyzn. Pierwsza zawodniczka na mecie musi się lekko unieść i uderzyć w gong, który zapala zielone światło i pozwala na start mężczyźnie z danej reprezentacji. On na mecie umożliwia start dwójce. Liczy się łączy czas. Najpiękniejsze w tej konkurencji jest to, że jest nieprzewidywalna. Ostatnio na przykład zawodów na swoim torze nie ukończyli Niemcy. W mistrzostwach Europy zajęliśmy w sztafecie szóstce miejsce. Generalnie wygrywamy ze wszystkimi reprezentacjami, które nie mają torów (ostatecznie zajęliśmy w Pjongczangu w sztafecie ósme miejsce - przyp. JG).

Na koniec chciałem zapytać o pomysł organizacji w Karkonoszach zimowych igrzysk w 2030 roku. To mrzonka, czy realna szansa na rozwój?
Na początku trochę w to wątpiłem. Później zmieniłem zdanie. Ostatnio okazało się, że gdyby doszło do organizacji igrzysk, to podpisano by umowę między trzema krajami i zawody saneczkowe rozgrywane byłby w Niemczech. Tor jest blisko, w Altenbergu, trochę ponad 100 km od polskiej granicy. Dlatego jestem przeciwny. Cała idea jest jednak fajna i do zrealizowania na Dolnym Śląsku. Pytanie jest takie, co my z tego będziemy mieli? Moim zdaniem nasze państwo stać na tor saneczkarski, choć trzeba się zastanowić, kto się nim będzie zajmował później. Na przykład obiekt na których organizowano igrzyska w Albertville (1992 r.) właściwie w ogólnie nie organizuje zawodów, a udostępnia tor turystom, którzy zjeżdżają nim w specjalnej kapsule. To gna ponad 100 km/h. Na tym zarabiają.

Eksportowa dwójka
22-letni Wojciech Chmielewski (MKS Karkonosze Sporty Zimowe Jelenia Góra) i o rok starszy Jakub Kowalewski (KS Śnieżka Karpacz) do Dolnoślązacy. W 2016 roku zostali młodzieżowymi mistrzami świata w saneczkarskiej dwójce. Na igrzyskach w Pjongczangu zajęli ostatecznie 12. miejsce, co jest najlepszym wynikiem Polaków na igrzyskach od 42 lat. W jedynkach Maciej Kurowski (KS Śnieżka Karpacz) zajął 19. miejsce, co jest jego najlepszym wynikiem w karierze, jeśli chodzi o igrzyska.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Materiał oryginalny: Przemysław Pochłód: Strach bywa potrzebny, by racjonalnie myśleć [WYWIAD] - Gazeta Wrocławska

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

z
zenek
Karpacz ma szkołe sponsorów dzieciaki ze szkoly itd dla tego sa naj lepsi od dawna jest kasa są wyniki treningi za granicami panstwa co wiele klubów w PL morze o tym pomarzyć
Więcej informacji na stronie głównej Sportowy 24
Dodaj ogłoszenie