Wisła Kraków. Złe wybory, słaba gra, a na koniec zmarnowana szansa na wygraną

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
Bartek Ziółkowski/wislakrakow.com
Na trzech kolejnych wyjazdach Wisła Kraków wywalczyła pięć punktów. Wtorkowy remis 1:1 z Resovią uznać należy za porażkę „Białej Gwiazdy”. Bo zespół walczący o awans do ekstraklasy nie ma prawa dać sobie w takich okolicznościach odebrać zwycięstwa.

WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"

Wisła długo w tym meczu grała słabo. Później nieco lepiej i zaczęła stwarzać okazje na gole. Gdy w końcu w doliczonym czasie go zdobyła, wydawało się, że „przepcha” wygraną, a Angel Rodado będzie mógł w świetnym humorze świętować, że właśnie tym trafieniem stał się najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Wisły Kraków, dla której strzelił właśnie 29. gola. Po meczu Hiszpan mógł jednak tylko powiedzieć wyraźnie zły: - Zupełnie nie mam ochoty na radość z tego wszystkiego, bo skończyło się 1:1, nie wygraliśmy bardzo ważnego meczu. Gdyby to był gol dający zwycięstwo, patrzyłbym na to zupełnie inaczej. A tak nie mogę być do końca zadowolony.

Złość Hiszpana powodował oczywiście gol stracony. Taki, jakiego drużyna z aspiracjami stracić nie miała prawa. Bo jasnym było jak słońce, że jeśli Resovia będzie gdzieś szukać swojej szansy, to grając do Kelechukwu Ibe-Tortiego, najlepszego swojego ofensywnego zawodnika w tym meczu. I tak też się stało, a że miał on mnóstwo swobody, bo będący najbliżej niego Patryk Gogół nie doskoczył na czas, to później wszystko potoczyło się błyskawicznie i Resovia wyrównała. Nie byłoby jednak w ogóle takiej sytuacji, gdyby wcześniej Wisła zagrała na miarę oczekiwań. Ale nie zagrała...

Pierwsza połowa była bardzo słaba. Obustronnie zresztą. Tzn. Resovię można jeszcze wytłumaczyć. Drużyna z dołu tabeli chciała przede wszystkim gola nie stracić, zabezpieczała więc jak mogła najlepiej dostęp do własnej bramki. To dla rzeszowian były priorytety. O ile jednak podopieczni Rafała Ulatowskiego wyraźnie mieli pomysł na ten mecz, o tyle wiślacy jedynie ślamazarnie rozgrywali akcje i nie stwarzali praktycznie żadnego zagrożenia pod bramką gospodarzy. Ci zablokowali środkowych pomocników „Białej Gwiazdy”, czyli Kacpra Dudę i Marca Cabro, utrudniając im z całych sił życie. To może zaatakować bokami? Trudno o to było przy tak słabo grających skrzydłowych. Zarówno Miki Villar z prawej, jak i Dejvi Bregu z lewej strony nie pokazali w pierwszej połowie kompletnie nic. „Zjazd do bazy” w przerwie w obu przypadkach był jak najbardziej zasadny. Tylko jakim cudem obaj wyszli w podstawowym składzie, skoro są w takiej dyspozycji? Trener Albert Rude nie widział tego po treningach?

Hiszpan przebieg pierwszej połowy tłumaczył w Rzeszowie po końcowym gwizdku w następujący sposób: - W pierwszej połowie rywale dawali z siebie wszystko. Byli cały czas przed nami o jeden krok. Wygrywali każdy pojedynek, każdą piłkę. Dali z siebie tysiąc procent.

O drugiej części mówił z kolei już tak: - W drugiej połowie opadli z sił. Przejęliśmy kontrolę nad meczem. Mieliśmy swoje okazje, dochodziliśmy do sytuacji podbramkowych. W końcu strzeliliśmy gola, ale powinniśmy zakończyć to lepiej, powinniśmy utrzymać to prowadzenie. Można powiedzieć, że straciliśmy dwa punkty.

Druga część wyglądała lepiej w wykonaniu Wisły m.in. dlatego, że wreszcie na placu gry pojawił się ktoś, kto robił różnicę na skrzydle. Tym kimś był Angel Baena, o którym nawet trener Resovii Rafał Ulatowski mówił: - Myślę, że tutaj zmiany, których dokonał trener, szczególnie ten zawodnik na prawym skrzydle, Baena dał nam mocno się we znaki. Do tej pory grał jako lewoskrzydłowy, teraz wszedł na prawą stronę i dużo pracy mieli z nim Bartek Eizenchart i „Miki”.

To prawda, po wejściu na boisko Angela Baeny gra Wisły nabrała rumieńców. Pojawiły się też sytuacje. Konkretne, choć o ich niewykorzystaniu decydowały ważne detale. O ile jeszcze Angel Rodado dwa razy strzelał z trudnych pozycji, o tyle pomysł Josepha Colleya, by próbować zaskoczyć rywali uderzeniem piętą z kilku metrów, gdy mógł po prostu wypalić pod poprzeczkę z prostego podbicia, nie wystawia najlepszego świadectwa piłkarzowi Wisły. To nie był moment na popisy, a na konkrety. Ten pojawił się we wspomnianym doliczonym czasie gry, gdy głową do siatki trafił Rodado. Była pierwsza doliczona minuta. Do końca pozostały cztery, bo pięć doliczył arbiter. Krótko, wystarczyło się pilnować. No, ale wiślacy to mistrzowie w sprawianiu sobie problemów na własne życzenie. No to i tym razem seria błędów sprawiła, że musieli zadowolić się remisem. Tylko remisem. Okazja do poprawy nastrojów w Wiśle nadejdzie już w piątek, gdy o godz. 20.30 podejmie Podbeskidzie Bielsko-Biała. Pozostaje tylko pytanie, czy wiślacy myślami nie będą już bardziej w Warszawie, gdzie 2 maja zagrają w finale Pucharu Polski z Pogonią Szczecin? Tak oczywiście nie powinni podchodzić do sprawy, ale zbyt dobrze pamiętamy ich występ w Głogowie z Chrobrym, gdy grali na kilka dni przez półfinałowym starciem z Piastem Gliwice… Oby z tamtej lekcji, a także tej wtorkowej wreszcie wyciągnęli odpowiednie wnioski, bo jeszcze kilka takich występów i nie zagrają nawet w barażach o ekstraklasę…

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Ewa Swoboda ze swoją Barbie!

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Wisła Kraków. Złe wybory, słaba gra, a na koniec zmarnowana szansa na wygraną - Gazeta Krakowska

Wróć na sportowy24.pl Sportowy 24