Rafał Majka: Parę lat na wysokim poziomie jeszcze pojeżdżę [WYWIAD, WIDEO]

Tomasz Biliński
Tomasz Biliński
Arlena Sokalska
Arlena Sokalska

Wideo

Zobacz galerię (16 zdjęć)
- Co roku w listopadzie drużyna mówi mi to samo: „Rafał, stać cię na podium wielkiego touru”. Ja to też wiem i chciałbym na nim stanąć w tym roku - mówi Rafał Majka, kolarz ekipy Bora-hansgrohe i brązowy medalista olimpijski z Rio de Janeiro (2016 r.).

W poprzednią niedzielę wrócił pan z wyścigu UAE Tour, który został przerwany z powodu podejrzenia koronawirusa u dwóch osób. Cała kolumna wyścigu została poddana kwarantannie, szczęśliwie pana team Bora-hansgrohe mógł wyjechać, inni kolarze zostali w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Było nerwowo?
Dobrze by było skończyć cały wyścig w dobrej atmosferze, a nie ze stresem. Wyścig bardzo fajny, trochę mało gór (śmiech). Ale ogólnie udany. Było trochę stresu związanego z kwarantanną. Ale to mogło się wydarzyć wszędzie.

Bardzo się denerwowaliście, gdy przyszły te pierwsze informacje, że wszyscy mają być przebadani na obecność koronawirusa?
O wszystkim dowiedziałem się dopiero o trzeciej rano, gdy mnie obudzili. Nieprzyjemna sytuacja. Człowiek zaspany, a pobierają mu jakieś próbki z nosa. Ale wiadomo, że chodzi o bezpieczeństwo. Każdy dba o to, żeby zawodnicy byli bezpieczni. Dla naszej drużyny wszystko zakończyło się dobrze, wszystkie wyniki były negatywne. Było nerwowo, bo kiedy podczas kwarantanny leżysz w łóżku i coś zaboli, to łapiesz schizę, że może jednak jesteś chory. Ale jak przyszły wyniki, wiadomo było, że jest OK, to zapadła szybka decyzja, że wyjeżdżamy. Na szczęście, nie byliśmy na tym piętrze, które było najbardziej zagrożone. Nie podawano nam żadnych informacji, czy ktoś faktycznie miał wynik pozytywny, czy tylko gorączkę i było podejrzenie, że zachorował. Niektóre drużyny wciąż mają kwarantannę [w niedzielę zwolniono dwie, dwie pozostałe wciąż są w ZEA - red.]. Nie chciałbym tam siedzieć, bo przede wszystkim straciłbym formę. A tak mnie nogi bolały! Mieliśmy w czwartek górski etap i potem już nie jeździliśmy. Kiedy przyjechałem do domu, byłem zmęczony tym stresem, że nie można było opuszczać hotelu. Oczywiście, gdybym był chory, musiałbym zostać, zresztą nie chciałbym zarazić moich bliskich. Wszyscy kolarze z mojej ekipy są wciąż badani, sam codziennie sprawdzam temperaturę. Na szczęście, czuję się wyśmienicie, naprawdę! Jestem tylko zmęczony psychicznie. Nie zmęczył mnie wyścig, tylko to oczekiwanie na powrót do domu. Wcześniej byłem miesiąc w Sierra Nevada na obozie treningowym i gdybym miał siedzieć w tym hotelu czternaście dni, bez możliwości jazdy na rowerze, straciłbym całe przygotowanie. Jakbym zaczynał sezon od nowa.

Ten stres, o którym pan wspominał, dotyczył niepewnej sytuacji, czy bardziej bał się pan samego wirusa?
Czasami najgorszy jest brak informacji. Człowiek się boi, bo niczego nie wie. Mieliśmy dostać wyniki badań po dwunastu godzinach, a czekaliśmy półtora dnia. Nikt nie informował, kiedy można się ich spodziewać. Wiadomo, że mieli dużo tych próbek, ale jeśli wyszło ponad czterysta pięćdziesiąt negatywnych, to powinni nas jak najszybciej stamtąd ewakuować, żebyśmy nie mieszkali w hotelu, w którym ktoś jest chory. Co godzina pojawiały się inne informacje. Chcieliśmy jak najszybciej wyjechać. Mogliśmy tylko chodzić na siłownię, kolarze z czwartego piętra nie mogli zjeżdżać, ale pozostali mogli się poruszać po hotelu.

To były sceny jak z horroru?
Aż tak to nie (śmiech). Ludzie muszą zdawać sobie sprawę, że to jest groźny wirus. Nasza polska grypa też jest groźna. Oczywiście, jeżeli widzisz karetki przed hotelem, to zaczynasz się denerwować. Najważniejsze jest bezpieczeństwo. Kolarze są osobami znanymi, pojawiamy się w mediach, gdybyśmy zaczęli roznosić wirusa, mogłaby się pojawić panika. Bardzo dobrze, że zrobili kwarantannę, jeżeli u kogoś było podejrzenie choroby, dzięki temu ludzie się ze sobą nie stykali. Ja np. na śniadanie nie schodziłem, dostawałem je do pokoju. Nasi masażyści mieli osobny pokój, w którym robili dla nas jedzenie. Drużyna Bora-hansgrohe, podobnie jak inne ekipy, bardzo dba o higienę, zawsze mamy żele z alkoholem przy posiłkach. Jak bierzemy jedzenie czy kawę w hotelu, zawsze odkażamy ręce. Nie tylko teraz, tak jest zawsze.

No właśnie, bo wy, kolarze jesteście narażeni na infekcje, zwłaszcza w czasie wielkich tourów, gdy organizm jest maksymalnie wyeksploatowany od wysiłku. To przestrzeganie zasad higieny to jest taka codzienna rutyna?
Tak, dokładnie. Plus jest taki, że sponsorem mojego teamu jest Bora i mamy własną kuchnię na wyścigach, mamy swojego kucharza i jemy w swoim pomieszczeniu. Nie chodzimy na posiłki w hotelach, my w nich tylko śpimy. To też jest bezpieczne, bo nie siedzimy we wspólnych salach z innymi osobami, jesteśmy odizolowani od innych.



Czy wy, kolarze, rozmawiacie między sobą o koronawirusie? Czy on może storpedować ten sezon? Bo jednak wiele imprez jest odwoływanych, zagrożone są igrzyska.
To prawda. Ale musimy zdawać sobie sprawę z tego, że ludzie na całym świecie się przemieszczają. Ja wróciłem z Abu Zabi, a ile osób wraca z Włoch i z innych miejsc? Dla mnie to jest może dziwne, ale przecież nie da się zamknąć lotnisk i granic.

Sportowo rozpoczął pan sezon całkiem udanie - UAE Tour został skrócony, ale zajął pan piąte miejsce w klasyfikacji generalnej. Jednak wyścigi włoskie anulowano, to się może odbić jakoś na pana formie?
Na razie nigdzie nie wylatuję. Uzgodniliśmy to z trenerem. Żeby tylko pogoda była taka, jak jest teraz, będę trenował w domu. I tak nie miałem w planie startu ani w Tirreno-Adriatico, ani w Paryż-Nicea. Dopiero pod koniec marca wybieram się do Katalonii [Volta Ciclista a Catalunya 23-29.03], potem od razu lecę do Sierra Nevada na zgrupowanie, potem Tour of The Alps [20-24.04], na parę dni do domu i start w Giro d’Italia.

To kolejny sezon, kiedy ma pan w planach Giro d’Italia i Vuelta Espana? Pan lubi taki układ z dwoma wielkimi tourami w sezonie?
Lubię, tylko ten sezon jest inny. Ktoś mi niedawno powiedział, że dobry układ to Giro d’Italia, Tour de Pologne i igrzyska w Tokio. Moim zdaniem najlepszym przygotowaniem do Tokio, byłby start w Giro d’Italia i przejechanie Tour de France, ale nie jako lider, lecz pomocnik lub joker i łowca etapów. To byłoby najlepsze przygotowanie. Myślę, że Alejandro Valverde ma taki plan, czyli przejedzie Tour de France, ale nie w całości. Przepali organizm na tym wyścigu i przygotuje się do igrzysk. Też będę miał dobre przygotowanie: Giro d’Italia i Tour de Pologne, a pomiędzy nimi zgrupowanie. Będę musiał troszeczkę więcej dać z siebie na treningach przed samym Tour de Pologne. Na tym wyścigu muszę być już na wyższych obrotach, nie tak jak w zeszłym roku. Ludzie myśleli: o, Majka przyjechał, to wygra Tour de Pologne. Tymczasem byłem po zgrupowaniu, dopiero na Vuelcie miałem lepszą formę. A w tym roku na Tour de Pologne będę musiał być lepiej przygotowanym, być szybszym i mocniejszym, żeby w jeszcze lepszej formie pojechać do Tokio.

Zna pan trasę olimpijską? Czy rekonesansu jeszcze nie było?
Informacje mam od Maćka Bodnara. Trener kadry, Piotr Wadecki, proponował, żebym też ją przejechał, ale to miało być po skończonym sezonie. Byłem zmęczony po dwóch wielkich tourach i paru klasykach. Jak usłyszałem, że pięć dni później mam lecieć do Japonii, to powiedziałem: stop, muszę chwilę odpocząć. Ale Maciek był, przejechał, ocenił trasę jako bardzo ciężką dla górali i jednodniowców. Bo o tym trzeba pamiętać, że to nie jest wyścig, który będzie trwał trzy tygodnie. To jeden dzień, trzeba trafić z formą.

Pan w wyścigach jedno-dniowych też ma sukcesy.
Oczywiście, nie mówię, że mi coś takiego nie pasuje. Cztery lata temu w Rio było podobnie. Po prostu trzeba mieć świadomość, że kluczem jest dyspozycja dnia. Na pewno będzie ciepło, więc dla mnie to dobrze. Maciek mówił, że czasówka jest w miarę OK. Fajnie, że jemu pasuje, bo dla niego to mogą być ostatnie igrzyska. Inna sprawa, że nie wiadomo, jaki skład pojedzie. Nie chcę, żeby mnie traktowano ulgowo, bo mam medal z poprzednich igrzysk. Najważniejsza powinna być dyspozycja. Ten, kto pojedzie, musi być przygotowany nie w 90 proc., a w 100. Taki dzień zdarza się raz na cztery lata. Poza tym ten sezon będzie trudny, bo krótki, a strasznie ściśnięty.

Składy drużyn maksymalnie mogą być pięcioosobowe. Reprezentacja Polski może mieć trzech zawodników. Jak liczebność wpłynie na wasze szanse?
Zależy, kto pojedzie i jaką ustalimy taktykę, pode mnie czy pod Michała [Kwiatkowskiego - red.]. Ja już medal mam, choć chciałbym jeszcze jeden, cenniejszy. Ale liderem będzie ten, który będzie czuł się mocniejszy. To jest fajne w naszej kadrze. Widzę to od paru lat, nie ma jazdy pod siebie. Jesteśmy zawodowcami, każdy ma swoją drużynę, w której jest częścią jakiejś strategii. Natomiast jako kadra między sobą wybieramy lidera. I zawsze się dogadujemy.

Gdyby miał pan wybrać jeden wyścig, który chciałby wygrać, to byłby to wielki tour czy olimpijski?
Wielki tour.

W kolarstwie bardziej wartościowy niż igrzyska?
Nie w tym rzecz. Gdybyście zadali mi to pytanie cztery lata temu, to powiedziałbym, że najważniejszy jest medal olimpijski. Dziś celem jest wielki tour, bo mam medal z Rio. Jestem z niego niesamowicie dumny. Ale chciałbym też wygrać wielki tour albo chociaż na wszystkich trzech być w pierwszej trójce. Zenon Jaskuła był trzeci w Tour de France. Ja trzecie miejsce zająłem na Vuelcie. Jakbym dołożył do tego jeszcze jedno podium, a najlepiej zwycięstwo, byłoby fajnie. Miałbym rekord, na który, mam nadzieję, będzie mi dane w zdrowiu patrzeć, jak jakiś inny Polak go bije. Czasem sobie tak myślę, kurczę, jeszcze parę lat pojeżdżę na wysokim poziomie. Jestem takim zawodnikiem, który nie odpuszcza. To nie dla mojej głowy, żeby jechać, byle przejechać. Jadę po wszystko albo po nic. I jak patrzę, to nie widzę zawodników, którzy mieliby nas zastąpić. A jeśli nie będziemy mieli zaplecza, to w Polsce kolarstwa nie będzie się już tak fajnie oglądało. Bo jednak jak nasz zawodnik co roku jedzie w czołówce, z gwiazdami, to jednak miło się ogląda. Przemek Niemiec już zakończył karierę, siedzi z dziećmi, pomaga panu Czesławowi Langowi przy Tour de Pologne. Nie wiadomo, ile jeszcze będzie jeździł Tomek Marczyński. Musimy znaleźć młodych, choć mi się nie będzie chciało tym zajmować, już wam to mówię (śmiech). Za to Grupa CCC robi fajną pracę dla młodzieży, wyłapując talenty. Szacunek dla sponsora.

Podczas Giro d’Italia nastawia się pan na miejsce na podium?
Rok temu byłem tak przygotowany, że w pierwszym i drugim tygodniu czułem się naprawdę bardzo silny i na nie liczyłem. Jednak dwa dni zadecydowały o tym, że wypadłem z walki o zwycięstwo. Nie chodziło o to, że było zimno. Z niewiadomego powodu mój organizm dziwnie zareagował. Stanąłem na wagę, patrzę, mam 2,5 kg więcej! Coś było nie tak i to nie może się powtórzyć w tym roku. Mam 30 lat, we wrześniu skończę 31 i muszę dopiąć ten ostatni guzik, żeby już tego jednego czy dwóch etapów mi nie zabrakło. Tak jak też było na Vuelcie. W Andorze przez wiatr nie skończyłem w piątce, jak powinienem. Też szczegół. Co roku w listopadzie drużyna mówi mi to samo: „Rafał, stać cię na podium”. Ja to też wiem i chciałbym na nim stanąć w tym roku. Fajnie byłoby też wygrać etap na Giro, wtedy miałbym zwycięstwa w każdym wielkim tourze (śmiech). Na pewno to zrobię! Nieważne czy teraz, czy w kolejnych latach, ale zrobię.

Trudniej wygrać etap, jeśli walczy się o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej?
Tak, bo nawet jeśli jedziesz z liderami - więc z tego powodu jest trudno - to jest dużo ucieczek z mocnymi zawodnikami, które dojeżdżają do mety.

Przemysław Niemiec po wygraniu etapu podczas Vuelty powiedział, że już zapomniał, jak przyjemne jest wygrywanie. Pan pamięta?
Pamiętam, choć, kurczę, dawno to było. W tym roku chcę dobrze wypaść w generalkach. Do tej pory brakowało ciut-ciut.

Na igrzyska w Rio firma Specialized przygotowała m.in. panu rower, który zmieniał kolor w zależności od temperatury. Na igrzyska w Tokio też coś szykuje?
Też będziemy mieli specjalną edycję rowerów. Nie mogę powiedzieć jaką, ale będzie duże show. Kolor ma być przepiękny. Chciałbym mieć jeszcze jeden taki w garażu, gdzie stoją wszystkie trofea. Uwierzcie mi, Specialized wie, co robi.



Sam pan wspomina o swoim wieku, co oznacza, że igrzyska w 2020 r. będą pana ostatnimi?
Zależy, jak ciężka będzie następna trasa (śmiech). Tak na poważnie, to następne igrzyska też przejadę, nie jestem aż taki stary. Parę lat na wysokim poziomie pojeżdżę. Spójrzmy na Alejandro Valverde. Wielki szacunek mam dla niego, zresztą w Abu Zabi mu o tym mówiłem. Ma 39 lat, a cały czas jeździ wśród najlepszych! Alberto Contador to samo. Jeździłem z nim w zespole, widziałem, jakim był „koniem”. Ale 36 lat skończył, odszedł i bawi się życiem. Ja do 40. pewnie jeździć nie będę, ale blisko. Wracając z Abu Zabi, myślałem o karierze, pieniądzach, wszystko jest fajne, ale jest też życie, czyli rodzina. Córka nam rośnie, to nie takie hop-siup.

Układa pan sobie w głowie, co będzie robił po karierze?
Na początku kaweczka i trzy-cztery godziny dziennie jazdy na rowerze (śmiech)! Coś będę musiał robić, bo dostanę depresji. Cokolwiek to będzie, to już mówiłem żonie, że muszę sobie codziennie wyjechać na ten rower.

Rafał Majka o koronawirusie: Dowiedziałem się o 3 rano, przed hotelem były karetki

ZOBACZ TEŻ:

Najnowsze oferty na Black Friday

Materiały promocyjne partnera

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

L
L_Wro

Mega gość! Mega szacun za osiągnięcia!