Orest Lenczyk - zarządzanie kryzysem. Droga do mistrzostwa Polski 2012

Jakub Guder
Jakub Guder
Wideo
emisja bez ograniczeń wiekowych
Orest Lenczyk na Oporowską wrócił po 30 latach. To była jesień 2010 roku, Śląsk trzeci rok grał w ekstraklasie. Po zajęciu szóstego i dziewiątego miejsca, zdobyciu Pucharu Ligi, drużyna dołowała. Grała ofensywnie, widowiskowo, ale przegrywała. Ekipę prowadził Ryszard Tarasiewicz, który opierał się, by postawić na bardziej defensywny futbol. Dlatego zdecydowano się na zmianę i postawiono na 68-letniego wówczas Lenczyka. To był strzał w dziesiątkę.

Jedni mówili o nim „profesor”. Inni, nico pogardliwie - „pan od wuefu”, bo na treningach częściej używał piłki lekarskiej, niż tej do futbolu. Charyzmatyczny, krystalicznie uczciwy w mrocznych korupcyjnych czasach polskiej piłki, ale też trudny w kontaktach i nieprzewidywalny. Taki był Orest Lenczyk, który we wtorek zmarł w wieku 81 lat.

Lenczyk dał w 2012 roku Śląskowi drugie w historii mistrzostwo Polski, ale we Wrocławiu mieszkał już dużo wcześniej. W latach 60-tych studiował na Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego (dziś AWF). Grał w Ślęzie Wrocław i Moto-Jelczu Oława. Po zdobyciu z Wisłą Kraków - już jako trener - mistrzostwa Polski w 1978 roku, trafił do Śląska Wrocław. W sezonie 1979/80 zajął z WKS-em trzecie miejsce i awansował do europejskich pucharów.

Na Oporowską wrócił po 30 latach. To była jesień 2010 roku, Śląsk trzeci rok grał w ekstraklasie. Po zajęciu szóstego i dziewiątego miejsca, zdobyciu Pucharu Ligi, drużyna dołowała. Grała ofensywnie, widowiskowo, ale przegrywała. Ekipę prowadził Ryszard Tarasiewicz, który opierał się, by postawić na bardziej defensywny futbol. Dlatego zdecydowano się na zmianę i postawiono na 68-letniego wówczas Lenczyka. Większościowym udziałowcem klubu był Polsat, który miał finansować drużynę razem z miastem. Lenczyka zaprezentowano na brifingu prasowym w ratuszu, w którym uczestniczył m.in. ówczesny prezydent miasta Rafał Dutkiewicz. - Nie pamiętam, skąd pojawił się pomysł zatrudnienia trenera Oresta Lenczyka - mówi dziś Dutkiewicz. - Gdy Orest Lenczyk został trenerem, to miał z pewnością właścicielskie wsparcie. Większościowym udziałowcem klubu był Polsat. Nie było tak, że nam - zarządowi - ktoś go narzucił, ale usłyszeliśmy, żebyśmy poważnie potraktowali jego kandydaturę. Finalna decyzja zapadła na zarządzie. Wydaje mi się jednak, że trener Lenczyk uwierzył, że jest namaszczony przez właścicieli klubu - wspomina dziś Piotr Waśniewski, wtedy prezes Śląska Wrocław.

- Po trenerze Tarasiewiczu szukaliśmy kogoś, kto będzie wyrachowany w swoich decyzjach i wykorzysta potencjał, który posiada. Wynik pretendowały trenera Lenczyka do takiej definicji. To miał być człowiek, który jest w stanie poukładać to, co mamy, bo wierzyliśmy że coś nie gra. Za trenera Tarasiewicza nie byliśmy nastawieni na defensywną grę. To było raczej "hura, do przodu!" Orest Lenczyk to była inna filozofia - opowiada Waśniewski, który przyznaje, że wiele osób wspominało w 2010 roku, że poza boiskiem szkoleniowiec bywa ekscentryczny. - Nikt nie potrafił nam tego jednak wytłumaczyć - uśmiecha się były prezes.

Pod wodzą Lenczyka Śląsk w sezonie 2010/11 zanotował serię 14 meczów bez porażki w lidze i z 15. miejsca został... wicemistrzem Polski. Tego nie spodziewał się nikt. Rok później przyszedł historyczny sukces - drugie w historii klubu mistrzostwo Polski i awans do eliminacji Ligi Mistrzów, gdzie wrocławianie odpadli ze szwedzkim Helsingborgiem.

Orest Lenczyk - zarządzanie kryzysem. Droga do mistrzostwa Polski 2012
Polskapress/Gazeta Wrocławska (Hołod/Relikowski)

Problemem było to, że Orest Lenczyk zarządzał poprzez kryzys. Najgorsze - że narastał jego konflikt z piłkarzami. Wielu nie mogło zaakceptować jego metod treningowych. Gimnastyka, piłki lekarskie, zajęcia w hali zapaśniczej. - Ten trening nas denerwował. Nie użyłbym wyrażenia "pan od wuefu", ale oczekiwaliśmy, że to będą bardziej piłkarskie zajęcia, a były motoryczne. Trener Lenczyk zwracał uwagę na to, abyśmy trochę podźwigali ciężarów, żebyśmy byli szybcy i silni. Jego to bardziej interesowało - mówi Krzysztof Wołeczek, mistrz Polski z 2012 roku.

Czara goryczy przelała się, gdy dziennikarz portalu Weszło podsłuchał Lenczyka, gdy ten był u prezydenta Dutkiewicz i tłumaczył słabszą dyspozycję drużyny. Szkoleniowiec nie rozłączył telefonicznej rozmowy z dziennikarzem i ten wszystko słyszał. A najwięcej oberwało się piłkarzom. Na treningu doszło do mocnej konfrontacji. Najwięcej żalu miał wówczas obrońca Tadeusz Socha, który wszystko wygarnął Lenczykowi.
- Trener Lenczyk zarządzał poprzez kryzys. Był człowiekiem, który przy tak dużej grupie musiał mieć jakiegoś wroga lub przyjaciela i on to generował. Czasem to był on, czasem ja, innym razem przeciwnik - mówi Waśniewski. Krzysztof Wołczek też ma teorię, że konflikt z drużyną to była strategia trenera. - Niewątpliwie miał ogromny wpływ na drużynę. Był charyzmatyczny, miał charakter. Był trochę szarlatanem i myślę, że zarządzał też zaplanowanym konfliktem z nami. Byliśmy jako drużyna mocno zjednoczeni - przypomina sobie Wołczek.

Jedna z legend głosi, że w końcówce mistrzowskiego sezonu konflikt zawodników z trenerem był już tak duży, że drużyna grała sama. Lenczyk ustalał skład, ale nie miał na nią wpływu.
- Byliśmy jawnie skonfliktowani z trenerem, bo obgadywał nas u prezydenta Rafała Dutkiewicza. Niezależnie jednak od tego wszyscy mieliśmy jeden cel. Na tamtym etapie dużo zależało od nas. Rozmawialiśmy jako zespół, ale to nie było wbrew trenerowi - wyjaśnia Krzysztof Wołczek. - Wiedział, że ma na boisku już taką grupę, że nawet jak zejdzie z ławki, to i tak wszystko będzie OK - twierdzi Waśniewski.

Dla wielu niezrozumiałe były jego decyzje personalne we Wrocławiu. Nie po drodze było mu z Cristianem Diazem. Argentyński gwiazdor uważał, że powinien grać, czego nawet nie krył w mediach. Lenczyk na początku nie brał go nawet do kadry meczowej, potem albo ściągał przed końcem spotkania, albo wpuszczał tylko na końcówki. Gdy Diaz w Przeglądzie Sportowym jasno stwierdził, że nie dogaduje się ze szkoleniowcem, ten odpowiedział: "Problem polega na tym, że kolor brązowy ma najczęściej czekolada, ale niestety g... też ma kolor brązowy. W związku z tym bardzo często dochodzi do nieporozumienia wizualnych."
- Cała saga z Diazem była niezrozumiała. Nie wykorzystywał jego potencjału, nie korzystał z piłkarza, którego i tak wpuszczał na boisku w ważnych momentach. Miał nadzieję, że on mu będzie chciał udowodnić, że nie ma racji - analizuje Piotr Waśniewski. Inna sprawa, że piłkarz z Ameryki Południowej - delikatnie mówiąc - nie był wzorem profesjonalnego sportowca.

W czerwcu 2012 roku kończył się kontrakt doświadczonego Krzysztofa Wołczka. Miał 34 lata, wiedział, że nie przedłuży umowy. Był w treningu, ale początkowo nie zgłoszono go do rozgrywek. Kontuzji doznał jednak Jarosław Fojut.
- Na trzy kolejki przed końcem trener Lenczyk do mnie podszedł i powiedział, że jestem zgłoszony do kadry meczowej. Wziął mnie więc na mecz, wiedziałem, że jestem w pierwszym składzie, a na śniadaniu w dniu spotkania powiedział, że będę kapitanem (nie mógł tego dnia grać Sebastian Mila). Pamiętam jak dziś, że mu odpowiedziałem: "To co? Z ostatniego dzisiaj jestem pierwszy?" On na to: "Tak czasem w życiu bywa".
Ulubieńcem Lenczyka nie był też Rok Elsner. Słoweniec na moment wypadł nawet z kadry meczowej, ale to on strzelił decydującego gola w ostatnim meczu sezonu z Wisłą Kraków.

Orest Lenczyk - zarządzanie kryzysem. Droga do mistrzostwa Polski 2012
Polskapress/Gazeta Wrocławska (Hołod/Relikowski)

Człowiek zasad

- Dużo się od niego nauczyłem. Współpraca z nim dużo mi dała, chociaż nie zawsze była usłana różami - wyznaje Michał Mazur, który w 2012 roku był rzecznikiem prasowym Śląska. - To był człowiek doświadczony życiowo i zawodowo, z konkretnymi zasadami, co czasem przeszkadzało. Koniec końców mam do niego duży szacunek, że był konsekwentny i wierny swoim zasadom, a to nie jest oczywiste w dzisiejszych czasach - zauważa Mazur.

Człowiek zasad - to powtarza się o Lenczyku. Nie palił, nie pił alkoholu. - Byliśmy razem na wielu zgrupowaniach Śląska i nigdy nie widziałem go przy małym piwie czy lampce wina. Nigdy - mówi Michał Mazur. Lenczyk zrobił jeden wyjątek: pił szampana, gdy Śląsk zdobył mistrzostwo i odkrytym autobusem wjechał na wrocławski Rynek. Zresztą to zdjęcie trenera z butlą tego trunku wywołało małą sensację.

Ważna była dla niego też kindersztuba i dobre wychowanie. W środowisku krąży anegdota, że kiedy pierwszy raz wszedł do szatni Śląska poprosił piłkarzy, aby wstali i powiedzieli: "Dzień dobry, Panie trenerze!". Odpowiedział: "Dzień dobry, kochani piłkarze!" Innym razem po meczu WKS-u z Arką Gdynia na konferencji prasowej trener rywali Dariusz Pasieka zwrócił się do niego po imieniu - "Orest". Reakcja Lenczyka była szybka i bolesna dla interlokutora:
- Pan trener Pasieka zaczął sobie mnie Orestować. Ja tutaj nie widzę przyjaciół moich, czy kolegów. Trener Lenczyk. Dziękuję bardzo - zgasił młodszego kolegę.

Jego relacje z dziennikarzami były trudne. Często właściwie ich nie było, bo - poza konferencjami prasowymi - rzadka dawał namówić się na rozmowę.
- Nie będę udawał, że to była współpraca usłana różami, bo z tych róż czasem wysuwały się kolce. Miał trudny charakter i swoje zasady, ale z czasem jakoś się docieraliśmy. Miewał krytyczny stosunek do mediów i dziennikarzy, a ja musiałem łączyć wodę z ogniem i nie przekraczać przy tym pewnych granic, które nakreślił. Jakie to były granice? No często mówił po prostu, że nie chce rozmawiać z dziennikarzami - śmieje się Michał Mazur.

Zimą 2011/12 Śląsk spędzał na fotelu lidera. Gdy drużyna po świątecznej przerwie wracała do treningów, sztab medialny chciał zorganizować dziennikarzom wstęp na trening. Chodziło o to, aby fotoreporterzy zrobili kilka zdjęć, operatorzy nakręcili kilka ujęć. Orestr Lenczyk uparł się jednak na zajęcia w sali zapaśniczej i nie zgodził się na obecność mediów. - Umówiłem się więc z nim, że kiedy drużyna przyjedzie na Oporowską, to przetruchta symbolicznie dwa kółka wokół boiska na Oporowskiej, żeby można było zrobić zdjęcia. Dziennikarze czekali, a trener kazał piłkarzom... z autokaru iść prosto do szatni i już z niej nie wychodzić - opowiada były rzecznik Śląska, który dziś także pracuje w Śląsku.

Lenczyk odszedł z klubu po przegranych eliminacjach do europejskich pucharów latem 2012 roku. Gdy Śląsk odpadł z Ligi Mistrzów po dwumeczu z mistrzem Szwecji, szkoleniowiec wypalił, że tym spotkaniem zakończyły się przygotowania do nowego sezonu. - Tłumaczyłem w Szwecji tę konferencję na angielski miejscowym dziennikarzom. Nie mogła mi to zdanie przejść przez gardło - śmieje się Michał Mazur. Zresztą takie podejście do sprawy ponoć mocno nie spodobało się właścicielom i mocno podkopało pozycję Lenczyka.

- Myślę, że miał na siebie pomysł. To nie był człowiek, który chciał przetrwać tylko następny mecz, czy następny tydzień. Wyznawał chyba przy tym zasadę, że cel uświęca środki. Jego obraz był mentorski, miewał pouczający ton. Dziś patrzymy na to z przymróżeniem oka, ale wówczas nie zawsze było łatwo - przyznaje Waśniewski.

Dziś nie ulega wątpliwości, że obok Władysława Żmudy I Orest Lenczyk to najwybitniejszy trener w historii Śląska. - Pan trener bywał u mnie, prowadziliśmy rozmowy na temat piłki, ale - co ciekawe - miały one też charakter oderwany od futbolu. Zawsze podchodziłem do niego z dużym szacunkiem jeśli chodzi o jego poziom intelektualny - wspomina Rafał Dutkiewicz. - W kwestiach piłkarskich wyjaśniał mi, że drużyna ma zespół trzech cech: wytrzymałości, prędkości i zdolności motorycznych. Tłumaczył często, że jak się wzmacnia wytrzymałość, to słabnie szybkość, a jego zadaniem jest znalezienie optimum. To sobie do głowy włożyłem. Pamiętam jego fikołki, jak strzelaliśmy gola. Zawsze na to patrzyłem z góry na stadionie, a parę razy nawet podszedłem, żeby się przyjrzeć, bo przecież nie był bardzo młody - uśmiecha się były prezydent Wrocławia i zaznacza, że nigdy nie wtrącał się w kwestie składu.

Orest Lenczyk - zarządzanie kryzysem. Droga do mistrzostwa Polski 2012
Polskapress/Gazeta Wrocławska (Hołod/Relikowski)

Zdarzają się tacy piłkarze, którzy pogardliwie mówią o Lenczyku "pan od wuefu", ale prawda jest taka, że gdyby nie "Oro-profesoro" (tak o nim też mówiono), to nie mieliby w CV mistrzostwa Polski. Niezależnie od wszystkiego, z upływem czasu, większość z jego piłkarzy, nabierała do niego szacunku. Łukasz Gikiewicz wspomniał kiedyś, że między mistrzostwem Polski 2012, a Orestem Lenczykiem trzeba postawić znak równości. Gdy w środę Tomasz Włodarczyk na antenie "Meczyków" zapytał o Lenczyka Sebastiana Milę, temu załamał się głos. Ale najpiękniej pożegnał do Marek Wasiluk.

Na swojej piłkarskiej drodze spotkałem dwóch trenerów, z którymi nawiązałem dużo ważniejszą relację niż tylko trener-piłkarz.
Jednym z nich był Pan Trener Orest Lenczyk. Wierzył we mnie jak mało kto. Kiedy w Krakowie przeżywałem jeden z trudniejszych momentów w karierze, On kazał mi strzelać karnego decydującego o utrzymaniu. Kiedy byłem w rezerwach Cracovii, On wbrew wszystkim ściągnął mnie do wicemistrza Polski, ryzykując mnóstwo, nie widząc co dostanie w zamian. Był fantastycznym, inteligentnym człowiekiem. (...) Żegnam Cię mój trenerski Tato i dziękuję za wszystkie lekcje, jakich mi udzieliłeś.
Przekazałeś mi tak wiele i dzięki Tobie osiągnąłem rzeczy, o których nie mogłem nawet marzyć, a przede wszystkim stałem się lepszym człowiekiem.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Orest Lenczyk - zarządzanie kryzysem. Droga do mistrzostwa Polski 2012 - Gazeta Wrocławska

Wróć na sportowy24.pl Sportowy 24